O autorze
Jeśli słyszeliście w radiu piosenkę, w której jakiś gość wydziera się ,,błaaaagaaam... naprawww, mnieeee” - to właśnie byłem ja. Ten utwór nazywa się ,,Napraw”. Napisałem go w jedną ciężką noc. Ze złością uderzałem w klawisze (zazwyczaj sporo uderzam w te czarne...). Tekst powstawał w mojej głowie na bieżąco, wypływał z dźwięków. Tak właśnie tworzę. Tak powstała moja pierwsza płyta, którą wydałem z zespołem LemON po tym, jak wygraliśmy Must Be The Music. Tak gram na koncertach. Tak czuję. Jestem z pochodzenia Łemkiem. W moich żyłach płyną melancholijne ludowe melodie i rozdzierające duszę zaśpiewy z Cerkwi. Jestem emocjonalny. Nie wstydzę się tego. Dużo myślę. Dużo czuję. Dużo staram się przekazać. Może za dużo... Kto wie. Jeśli chcecie mnie poznać, posłuchajcie moich utworów... Oto fragment jednego z nich. Staram się w życiu tego trzymać:
,,Przerzuć kartkę, zaryzykuj, bądź dziwakiem
Nie idź ścieżką, własną depcz, otwórz głowę
Zanim powiesz, zrozum, bądź
Nigdy nie burz, buduj, twórz
Smakuj, milcz, myśl i czuj”

Dlaczego Gustaw Flaubert skasował konto na facebooku,

czyli ,,jeśli wszystkim się podoba to co robisz, to znaczy, że robisz coś nie tak”.

Gustaw Flaubert spędził nad ,,Panią Bovary” sześć lat. Pracował prawie tydzień nad jedną stroną. Wstawał rano. Pisał. Robił sobie drzemkę. Znów pisał. Kładł się spać nad ranem, żeby rano wstać i dopieszczać każdą stronę rękopisu, szukać odpowiednich słów i środków. Dni zamieniały się w tygodnie, tygodnie w miesiące, miesiące w lata... Po sześciu latach wydał powieść. Ważną. Inną. Przemyślaną.



Jakie miał szczęście, że nie miał u siebie Internetu... Być może wtedy trafiłby na recenzje niezadowolonych licealistów. Ba, nawet studentów polonistyki. Trafiłem na taki wpis jednej ze studentek na blogu poświęconym książkom

,,Te paskudne studia zmusiły mnie do przeczytania tej książki”. Okeeej. Zaczyna się nieźle... ,,Żeby nie było, że nie czytam ambitnej literatury. Czytam. Kiedy muszę. I teraz dowiecie się dlaczego nie czytam z własnej woli.” Nie no. Żeby nie było! Recenzentka od razu definiuje sytuację. Nie jest byle kim, żeby nie było! I przechodzi do rzeczy ,,Pani Bovary należy do tzw. literatury pięknej”. Tak zwanej. Równie obrzydliwej niczym ,,tak zwana elita” i te paskudne studia! Następnie autorka przechodzi do streszczenia fabuły, na wypadek, gdyby ktoś z czytelników leserował w liceum i nie znał: ,,Opowiada historię chłopki o wysokich aspiracjach, której udało się wyjść za lekarza. (...) Naczytała się za dużo romansów, ot co!”. Flaubert przez 6 lat cyzelował każde zdanie, a to wszystko można podsumować w 3 linijkach. Ot co!

Czytam dalej: ,,W sumie to Emma nie miała wiele wpływu na wybór małżonka. W końcu akcja dzieje się w XIX wieku we Francji. Tej wiejskiej Francji”. Ach, ta wiejska Francja. Nie mogła biedna Emma pójść na pl. Zbawiciela i sama sobie wybrać fajnego chłopaka... Nie wariata, nie cwaniaka, nie pajaca, daj nie pijaka, nie biedaka. Peszek.

Recenzentka brutalnie (w końcu jako osoba, która ,,żeby nie było” czyta ambitną literaturę, na brutalność może sobie pozwolić! A poza tym mógł Flaubert napisać dobrą książkę, sam sobie jest winien. Ona jest po prostu szczera) przechodzi do analizy poczynań bohaterów.

,,Panna Rouault nie znała dobrze Karola Bovary, kiedy za niego wychodziła. W swojej naiwnej główce utworzyła sobie jego idealny obraz. Niestety życie chciało inaczej i okazało się, że państwo Bovary nie pasują do siebie. Ona pragnie romantyzmu, ciągłego zabiegania o jej uczucia, przyjęć. Chce po prostu korzystać z życia. A jemu wystarczy dobry obiad, kapcie na nogach i patrzenie na wyszywającą żonę. Biedactwa się nie dobrały. I o ile Karol, jest szczęśliwy w tej rutynie, o tyle Emma czuje się nieszczęśliwa. Najpierw zajmuje się kupowaniem (nic nie poprawia tak humoru jak zakupy), ale nie pomaga. Potem zachodzi w ciążę i myśli, że może syn da jej jakiś cel w życiu. Rodzi się córka, Berta. Emma już całkiem pochłonięta myślami o samospełnieniu, znajduje sobie kochanka. Karol, nigdy nie był bystry, praktycznie do końca się nie zorientował, że Emma przyprawia mu rogi.

Kto by pomyślał, że Flaubert spędził 6 lat na tak niedopracowanej fabule! Może Pani Bovary chodziła do złych centrów handlowych po prostu! Galmok na pewno by jej poprawił humor! I ten idiota Karol... gdyby Emma miała iPhone'a na bank by się zorientował, że żona przyprawia mu rogi.

,,I tak toczą się strony, a jest ich 300. Przynajmniej w moim wydaniu”.

[Kurtyna]

,,Flaubert jest uważany za bardzo dobrego pisarza. Pani Bovary  to arcydzieło. Ale do mnie nie trafia literatura, w której bohaterowie użalają się nad sobą. Bo do tego właściwie sprowadza się zachowanie Emmy. Nie znoszę, jak ktoś wyolbrzymia swoje problemy i w dodatku nic nie robi żeby je rozwiązać. Na co ona czekała? Aż Bóg zrzuci jej z nieba szczęście?! Nie ma tak cudownie.”

Panie Boże, dziękuję w imieniu ludzkości, w imieniu artystów, że pozwoliłeś ludzkości wynaleźć Internet dopiero w XX wieku. Bo sztuka nie może powstawać w takich warunkach, kiedy jest się bombardowanym wiecznym ,,feedbackiem”, w czasach gdzie za święte prawo uznaje się prawo do publicznego wyrażania własnego zdania, a szczerość do bólu jest uważana za najwyższą wartość i przejaw indywidualności. Ja np. początkowo miałem problem z przyjęciem propozycji pisania do natemat.pl, bo właśnie w moim idealnym świecie nie wszyscy mają zdanie na każdy temat...

OK, można je mieć. Taka na przykład ,,Pani Bovary” nie musi się każdemu podobać. Ale w publicznym ocenianiu chyba powinno się mieć jakiś umiar?

,,Dyskutowałyśmy o tej książce z przyjaciółkami. I doszłyśmy do wniosku, że dlatego mnie się ona nie podoba, bo mam inny charakter. Nie lubię użalać się nad sobą, nie przejmuję się wieloma problemami i jestem twarda (śmieją się, że po mnie wszystko spływa jak po kaczce”

Droga autorko. Nie po wszystkich wszystko spływa jak po kaczce. Szczególnie jeśli jest się artystą i w twórczość wkłada się całego siebie. Flaubert pisał do poetki (a przy okazji swojej kochanki) Louise Colet ,,Nie sądzę, żebyś miała pojęcie o tym, co to jest za książka. Staram się być w niej tak uporządkowany, jak byłem bałaganiarski wszędzie indziej, i podążać po geometrycznie wytyczonej linii. Żadnego liryzmu, żadnych refleksji, osobowość autora jest tu nieobecna. Czytanie tego nie będzie zabawą”. Zazdroszczę mu, że nie miał Fanpage'a na Facebooku. Gdzie każdy mógłby mu napisać, czemu nie spełnił oczekiwań.

Dlaczego mnie dziś wzięło na ten temat... Otóż w poniedziałek mój zespół, LemON, wydał nowy singiel. Pierwszy, który absolutnie nie nadaje się do komercyjnego radia. Nagrany z wewnętrznej potrzeby (słyszałem ten numer w głowie od dłuższego czasu, właśnie tak: mroczno, mocno, męsko...). Pierwszy, który pierwszego dnia po premierze wzbudził takie kontrowersje. Pierwszy, który udostępniają sobie na wallach znajomi muzycy i mężczyźni (chyba, że to ze względu na udział Pauliny Sykut, Doroty Czai i Izabeli Janachowskiej w klipie). A z drugiej strony fani, którzy znali ten numer z programu Must Be The Music – pisali ,,jak mogliście to zrobić”, ,,profanacja”, ,,moim zdaniem...”, ,,jak dla mnie...”, ,,zastanówcie się!”. To bolało. Nie rozumiałem, jak można tak ochoczo, po jednym przesłuchaniu oceniać coś – tylko w porównaniu do wersji, którą się znało wcześniej... Dlaczego nie otworzyć głowy i po prostu wsłuchać się w dźwięki i spróbować zrozumieć... Dlaczego ludzie oceniają nie to, jakie coś jest, tylko jakie nie jest, a ich zdaniem powinno być...

Takich recenzji, jak przeze mnie wynaleziona recenzja ,,Pani Bovary” jest wszędzie pełno... Na blogach, na facebooku, pod artykułami, pod fimami na YouTube... Wszystko wg klucza, którymi kończy się recenzja: ,,Skoro w końcu przeczytałam Panią Bovary mogę ją z pełnym spokojem sumienia skrytykować. Oczywiście wiele problemów bardzo spłyciłam. Powieść ma pewną głębię. Jednak ja nie byłam w stanie, nie miałam nawet ochoty jej szukać”

Chciałbym wierzyć, że znów się otwierając, pisząc o tym, że to boli zmienię cokolwiek...

Spójrzmy na to w ten sposób. 
Wszyscy jesteśmy twórcami! Spójrzcie jaką mamy niesamowitą zdolność, dar. Jeśli robisz coś z serca i w to wierzysz, nie straszni Ci żadni wrogowie, żadne kule. Stawiamy krok, poruszamy ziemie pod nami. To jest wspaniałe, coś się dzieje. W naszym przypadku, stąpając poruszamy ludzi, słaniamy do myślenia, do usłyszenia!

Dając samemu sobie prawo do oceniania wszystkiego publicznie, nie dostrzegamy najważniejszego (tego, co dostrzegają i szanują Japończycy) drogi przebytej by osiągnąć cel, trud włożony w coś, nieprzespane noce, strach, zmartwienia, nadzieje bo przecież robisz coś dla innych. Otwierasz się... i narażasz wtedy najbardziej na strzały. Ale, że coś było dobre i prawdziwe musisz dać z siebie wszystko. Wiecie zapewne dlaczego żółw jest taki twardy... bo jest taki miękki.

Jak to ma wyglądać? Artysta ma budować ściany wokół siebie by nie bolało? Co wtedy będą mówić, on jest taki chłodny, bez uśmiechu, nie pogada... ooo wielka gwiazda...

Co by się stało ze sztuką, gdyby artyści zanim coś zrobią, wypuszczali wersję demo na facebooka. Gdyby Flaubert najpierw wrzucił na Fanpage brief swojej nowej książki o ,,chłopce o wysokich aspiracjach, której udało się wyjść za lekarza”. Gdybym każdy numer wysyłał do akceptu na YouTube, robił testy rynkowe – tak jak się sprawdza, czy czekolada w ptasim mleczku ma odpowiadającą większości konsumentów grubość.
Zabawne jest to, że te same osoby , które pisały wczoraj jakie to jest dziwne i jakie to jest inne, nastepnego dnia udostepniaja to na swoich profilach pisząc, że jest świetne... Maciej Nowak opowiadał kiedyś, że zanim napisze recenzje w gazecie wyborczej, jest w lokalu kilka razy, stara się trafić na różnych kucharzy i różne pory dnia. Chciałbym, żeby każdy do życia podchodził w taki sposób, jeśli wiesz co mam na myśli.

Ten tekst jest w zasadzie o tym, że tak szybko i z taka łatwościa przychodzi ludziom wyrażanie opinii. 2 minuty po wrzuceniu czegoś już masz kilkanaście komentarzy, ,,lajków”

Ja ten numer zanim go wypuściłem słuchałem może z 300razy. Nie powiem ile trwa składanie go, ile pracy włożył w to Piotr Walicki. To jest w ogóle dziwne, że ludzie podejmują próbę oceniania czegoś tak szybko... Przecież nie masz czasu zastanowić się nad tym, zrozumieć, wysłyszeć wszystkiego, że tam jest to podciągnięcie gitary z półfinału, skrzypce, nowy wokal, że jest tam włożony trud i czas.

,,Dewiat” to cholernie emocjonalny numer. Nowa wersja jest ryzykowna... szef największego radia w kraju powiedział, że jest świetna, mimo że nie do radia... Ja ją polecam włączyć w środku nocy. Na dobrych głośnikach, słuchawkach. Najlepiej kiedy pada. Posłuchajcie. A ja postaram się nie czytać komentarzy





Trwa ładowanie komentarzy...